Aaaaaaaaa!!!
… the Facebook died. Skasowali mi konto. Oczywiście było to konto Edwarda Mruwnicy. Nie wiem na jakiej podstawie Facebook zdecydował, że Edward nie istnieje. To, że nie ma peselu? Pod wieloma względami jest bardziej rzeczywisty niż jego operator. Ale to inna historia.
Konto “prawdziwe” (cudzysłów uzasadniony z powodów ogólnie filozoficznych) skasowałem (mam nadzieję bo to nigdy z Zuckerbergiem nie wiadomo) sam, gdy wprowadzili możliwość zapisywania znajomych do grup (już pisałem co mi się w tym nie podoba). Tym razem najpewniej poszło o to, że zapomniałem hasła, próbowałem się siłowo zalogować (na komputerze na którym nie mam zapisanego) próbując różne możliwości, co zwróciło uwagę Tajnej Policji Facebooka i ciach.
Facebook informuje mnie o co poszło, będąc bardzo niezadowolonym z mojej niesubordynacji. Z argumentów najbardziej podoba mi się ten:
Ponieważ fałszywe konta zagrażają porządkowi panującemu w naszym środowisku, nie zezwalamy na ich pozostawianie w witrynie.
Oraz moment szczerości Mareczka:
Funkcjonowanie w serwisie pod fałszywym nazwiskiem pomniejsza wartość systemu jako całości.
Tylko dlaczego teraz Facebook nie napisał, że przyjaciele będą za mną tęsknić? Bo okazałem się oszustem i są szczęśliwi, że pozbyli się zagrażającego porządkowi publicznemu niebezpiecznego elementa? I pomniejszającego wartość systemu.
Jews. Joking. Fast. A lot.
Serio, cały batalion Woodych Allenów. Na spidzie. Owszem, jest to śmieszne, miejscami nawet bardzo, ale największe oklaski należą się Fincherowi za to, że z takiej nijakiej takiej historii wykroił w ogóle jakąś opowieść. Courtroom drama blahblahblah i to w dodatku bez court. A drama jest przygnębiająca: okazuje się, że można mieć najlepszy pomysł pokolenia, a i tak pozostać małym skwaszeńcem. Ach, ach, what’s the point of anything, myślałem sobie po wyjściu z kina. Wiem, że już trochę czasu minęło od premiery, ale jakoś nie mogłem się zebrać.
Zdjęcia ładne. Szczególnie jeden taki “efekt miniaturyzacji”, który chyba pierwszy raz widziałem w kinie (wcześniej tylko na fotografiach). Polega to na tym, że robi się tylko pasmową głębię ostrości, to znaczy zarówno pierwszy plan jak i daleki jest rozmyty. Nasze przyzwyczajenia wizualne robią wtedy psikusa i wydaje się, że patrzymy na coś bardzo małego — makietę obiektu, a nie pełnowymiarowe zdjęcia. Chyba nie zrobili tego czysto optycznie (nie wiem jakie kosmiczne szkło do czegoś takiego trzeba by było mieć) być może to cyfrowa postprodukcja. Najładniejszy efekt od czasów “efektu vertigo”, spodziewam się więcej.
Co do samego filmu, to należałby się zastanowić jak bardzo na zlecenie Facebooka powstał. Znając co nieco realia przemysłu rozrywkowo-militarnego nie można być zbyt naiwnym. Raz w historii amerykańskiego kina udało się zdjąć z półki film trącający medialnego potentata, a to tylko dlatego, że imperium Hearsta i tak już upadało, a Welles strollował właścicieli hollywoodzkich studio (w większości przecież Żydów) przy pomocy Hitlera. Facebook ma się świetnie, więc nawet twierdzenie, że film był nakręcony “neutralnie” jest bardzo naiwne.
Ideę filmu wyraża chór grecki w postaci jakiejś Jane Doe — asystentki prawnika Zuckerberga — uśmiechniętej, sympatycznej, młodej dziewczyny. Od razu wiadomo więc, że ona wygłosi obiektywną rację. A mówi ona tyle, że nasz Mareczek jest smutnym aspołecznym typkiem, którego nikt nie lubi, a to wszystko dlatego, że tak bardzo otwarcie mówi Prawdę-Prosto-W-Oczy. Retrospektywie więc, wszystkie wysyczane przez Eisenberga (grającego Zuckerberga) onelinery zyskują rangę trudnej prawdy. Nawet ciężar moralny wycyckania Eduardo Saverina (główna oś fabularna filmu) zostaje przeniesiony głównie na Parkera dzięki chwytom inscenizacyjnym (Zuckerberg siedzi potulnie, przyjmując pozę “to nie ja”, a Parker atakuje i to w dodatku tchórzliwie). Albo nawet na samego Saverina, kiedy ten odwrócony tyłem do zgromadzonych przy stole (na obrotowym krześle — teatralna żenada) wygłasza bolesne samokrytyki. Normalnie kiedy na koniec smutny Mareczek stukał w F5 (od tamtego czasu chyba Facebook wprowadził automatyczne odświeżanie, czyżby dlatego?), żeby zobaczyć, czy miła Jane Doe już go zafriendowała, to było mi tak smutno, że chciałem mu wrzucić grosik do skarbonki. Not.
Jak wszyscy to wszyscy. Znajduję trochę dziwnym próby rozgryzienia Facebooka jakim-jest-w-swej-istocie poprzez czytanie EULA-i z nadzieją na oświecenie; bo to jak próba odpowiedzi na pytanie z czerstwego dowcipu o tym, czym różni się zwłaszcza. Facebook to jest coś czego jeszcze nie było i porusza się on w przestrzeni nowych praw człowieka, których jeszcze nie ma, które dopiero na naszych oczach się wykuwają. Czasem za kowadło biorąc głowę jednego czy drugiego nieszczęśnika. Oglądanie Facebooka na tle naszych dwudziestowiecznych przyzwyczajeń i spodziewań może prowadzić tylko do permanentnego zdziwienia światem.
Jeśli już, to porównajmy coś dwudziestopierwszowiecznego z czymś dwudziestopierwszowiecznym. Na przykład z Google. Na tle przyzwyczajeń wieku poprzedniego obie korporacje być może są wyraźnie “evil”. Można analizować punkty regulaminów, wyliczać korporacjom przewiny i ogólnie zagłębiać się w gęstwinę szczegółów. Ja chciałem podzielić się prostą impresją o tym, że Google nawet jeśli robi brzydkie rzeczy to wiemy, że robi to właśnie owo Google. Ostatnio dostałem (pewnie wszyscy dostali) maila o ugodzie w sprawie “naruszeń prywatności” (to jedno z tych dwudziestopierwszowiecznych pojęć, z którymi nie bardzo wiadomo co począć) w usłudze Buzz. To Google się ułożył, wycofał, zapłacił (na cele społeczne — edukację w zakresie “naruszeń prywatności”). Jakoś łatwo przychodzi mi zastosowanie brzytwy Hanlona do poczynań tej korporacji.
Tymczasem w poczynaniach Facebooka wyraźnie widzę usiłowanie przebiegłości. Facebook próbuje się ukrywać za emocjonalnymi szantażami, niby to wysuwanymi przez moich znajomych — kiedy dezaktywowałem konto, napisał do mnie, kto będzie tęsknić za moim profilem (serio, nie mam słów żeby wyrazić jak bardzo mnie to… obrzydza? sam nawet nie wiem co); to nie Facebook “narusza moją prywatność” — robi to rękami moich znajomych (a na nich przecież nie będę się gniewał), dając im uprawnienia do oznaczania mnie na nie moich zdjęciach i dodawania mnie bez pytania (!) do grup. To właśnie ta ostatnia możliwość spowodowała, że skasowałem swoje imienne konto. Skasowałem! Na początku też nie, bo Facebook i to próbuje utrudniać przez to, że “dezaktywacja” jest łatwa; a do skasowania trzeba się w dziwaczny sposób dogrzebać.
Facebook przybiera pozór przezroczystego systemu, który nic nie robi, który jest metafizyką internetu, jego niekwestionowalną mechaniką; kierując zawsze użytkownika przeciw użytkownikowi — friendsa przeciwko friendsowi. To jest dokładnie ten sam (dwudziestowieczny) mechanizm, który każe biednemu gościowi na słuchawce w telekomie na zmianę okłamywać i przepraszać mnie za przewiny swojej korporacji. Kiedy słyszałem to “przepraszam” w słuchawce czułem tę samą obrzydliwość, którą poczułem kiedy Facebook tęsknił za mną przy pomocy moich znajomych.