Tromba inżyniera

I co zaglądasz!

Techniczne  
Posts tagged film

Super 8

Co ja widziałem?

Już dwa dni minęły, a ja jakoś nie mogę tego zsumować. Zawsze piszę od razu po wyjściu z kina, a teraz kombinuję. I nie dlatego, że muszę przemyśleć fabułę, oj nie. W pewnym momencie zorientowałem się, że opowieść będzie prosta do tego stopnia, że film mógłby być po węgiersku. I co wtedy zrobiłem?

Postanowiłem lubić sernik. Bo, moi drodzy, sztuka filmowa to jest w ogóle znośna pod warunkiem przyjęcia konwencji, a nawet Konwencji. Idziemy popatrzeć na fotony odbite od prześcieradła i poudawać, że wzruszają nas opłacone i przemontowane kwestie i miny. Aktor gra postać, ale i widz jest pewną postacią w którą trzeba się wcielić. No więc poszedłem na film PG-13, choć o tym nie wiedziałem. Gdy tylko się zorientowałem, że jestem na filmie dla młodzieży to ubrałem się w swojego wewnętrznego trzynastolatka. I co?

WOOOW! wybuchy. To już drugi film w tym sezonie w którym pokazują tak pięknie wykolejający się pociąg. Chyba opracowali do tego jakąś nową technikę. I jakie te dzieci ładne, takie z nadąsanymi buziami i zadartymi noskami. Wszyscy powinni mieć trzynaście lat. Zawsze.

Dopiero na filmie zorientowałem się skąd znam tytuł “Super 8”. Przypomniało mi się, że do Portala 2 dołączyli taki dodatek w którym jechało się pociągiem, on się wykolejał, a potem można było zwiedzać miejsce katastrofy. Wtedy myślałem, że to zapowiedź jakiejś gry i może się nie pomyliłem. Wprawdzie potencjał franczyzowy filmu jest spory (kostki, modele do sklejania), ale już kilka razy naciąłem się w przewidywaniach, więc nic więcej nie mówię.

Więc w czym problem?

Ten film podoba mi się jeszcze na jednym poziomie i to mi się nie podoba. Nie lubię gdy się z prostych, rozrywkowych filmów próbuje wyciągać Teorię Kina i W Ogóle. Ale to tam jest. Coraz bardziej skłaniam się do tego, że to szorcik dzieciaków o zombiakach jest tym właściwym filmem. Tym pokracznym dziełkiem, które bawi, choć (a może właśnie dlatego) wymaga wyjątkowo silnego wcielenia się w widza. To cała historia wokół kręcenia szortu o zombiakach jest fikcją. Składa się z E.T. i Goonies i Mario Bros. “Dlaczego oni strzelają?” w pewnym momencie pyta Juby, a oni strzelają, bo jesteśmy w filmie.

Czy to jest jakoś bardzo odkrywcze? Chyba nie, ale jednak ciągle mnie dręczy. Że jest w tym coś jeszcze, czego nie mogę uchwycić. Może w ten sposób Abrams ze Spielbergiem się rozmnażają? Dzieciaki, łapcie za komórki, albo pożyczcie kamerę od taty i kręćcie! Fabułka o zombiakach jest nie tylko wiarygodnym pomysłem dla trzynastolatków, ale też umożliwia realistyczne wplecenie postaci charakteryzatora. Jest producent/reżyser, jest key grip, jest amant i amantka. Oto jak się robi film.

Source Code

Wstańcie. Idźcie.

Och, Vera — to ta laska, którą zapamiętaliście z “Infiltracji” i bardzo wam się tam podobała. Po pierwsze film, który pokazuje jak daleko odeszliśmy już w kinie od “Matrixa”. Te wszystkie efekty specjalne, które robiły taki wow-factor wtedy, w dwudziestym wieku, oczywiście tam są. To nie jest tani budżet. Ale są tam w celu. Nie są pokazane tylko dlatego, żeby pokazać siebie, ale żeby zagrać w filmie rolę. W filmie, można powiedzieć mimo to (dzięki temu?) mało efektownym wizualnie. Za to pięknie podtrzymującym tradycję i pożyczającym z “Dwunastu małp” i “Eternal sunshine of the spotless mind”. Wprawdzie nie ma on tego monumentalnego groteskowo-gilliamowskiego pokręcenia obwoźnego cyrku z kobietą z brodą; ani tej nieznośnej słodyczy dołeczków w buzi Kirsten Dunst; wprawdzie niektóre postacie cierpią na stock-charakteryzm, a niektóre rozwiązania fabularne na hand-waveism; ale nie wierzyłem, że uda się komuś za mojego życia nakręcić powieść Grega Egana. I to stwierdzenie rzucam jako wyzwanie za 126 dolarów każdemu marudnemu nerdowi, któremu nie spodoba się zakończenie.

Jeż Jerzy

Nie.

To jest film okrutnie poprawny politycznie. Taką najbardziej irytującą formą poprawności politycznej, mianowicie tzw. “niepoprawnością polityczną”. To znaczy składa się z serii wytartych gagów, z których każdy jest ostemplowany przez “dopuszczony do obrotu jako niepoprawny politycznie, bezpieczny dla dzieci od lat 16”. Na przykład nieco zbyt poważny antysemityzm zastępuje modny w tym sezonie antysinizm. I nie, nie chodzi o to, że to ja jestem taki politpopr i że jestem oburzony. Owszem, jestem politpopr, ale problem “Jeża Jerzego” polega na tym, że jest niewyobrażalnie w tej “niepoprawności” nudny. Jest tak nudny, że byłem zmuszony użyć zwrotu “seria wytartych gagów” i czuję się z tym obrzydliwie. To nie jest, say, Little Britain, które się oglądało z “czy oni? nie… jednak!”. To jest jak “Murzyn ma długiego penisa i gra w porno”.

Z jaśniejszych punktów. Ładnie zrobiona scena bijatyki. Bardzo fajne, chyba bez wyjątku, piosenki, ale niestety jest ich łącznie z minutę trzydzieści czasu ekranowego. Kiedy już miałem nadzieję, że coś ten seans będzie warty, a forma zaczęła trochę iść w musical to zrobili “szybciej szybciej, upchnijmy wszystkie piosenki naraz, bo widz się skonfunduje”. Fabuła choć sama w sobie strasznie ziewalna, to ułożona w budowie napięcia holiłódzko, to znaczy poprawnie. Za to punkt.

To jest film z targetem w młodych, wykształconych kulturebeliantach z wielkich miast, którym zabroniono mówić “pedał dupa” (czy cokolwiek im tam zabraniają). To teraz sobie to powiedzą, osiemnaście tysięcy razy. Pijąc przy tym Burna (product placement — checked). Zabawne, w taki smutny sposób, jest to, że w jednej ze scen twórcy próbowali uchwycić sztuczność politycznej reklamówki z udziałem Jerzego, ale ją groteskowo przerysowując jednocześnie zrobili miejsce dla identycznej reklamówki serio. Wyjaśniam: poziom żenady przez pierwsze kilkanaście minut był taki, że czekałem kiedy Jeż odwiedzi Centrum Nauki “Kopernik” i będzie “kufa zachwycony, popierajcie Urząd Marszałkowski”. Taki jest ten film, jak Magda M. mówiąca “ja pierdolę”.

Tron

Początek 2D trochę mnie jednak zirytował. Niby to takie podkreślenie: rzeczywistość — 2D, Grid — 3D, ale cały czas chodził mi po głowie skecz z Benny’ego Hilla, który leciał jakoś tak: “… zachwyca zabieg formalny, kiedy Alicja wydostaje się ze świata marzeń. Film staje się czarno-biały — Nie, po prostu skończyła nam się kolorowa taśma”. To mi jednak wygląda na oszczędność, bo mind you, zrobić trójwymiarowe CGI to co innego niż zrobić trójwymiarowe zdjęcia.

Ale zrobić młodego Jeffa, to było coś. Oczywiście wizualnie i dźwiękowo to w ogóle cukierek, bla-bla-bla, więc tylko odrobinę sobie pomarudzę. Całe założenie wzięte z “Tron 1”, czyli odkurzacz który wciąga do komputera, nie mierzi mnie aż tak bardzo. Na szczęście twórcy odpuścili sobie wyjaśnianie gdzie w ogóle jest ten Grid, jak on tam działa, jak fizycznie można w niego wchodzić i z niego wychodzić. Fizyka kwantowa — kupuję to. Krystyna Ch. podnosi w dyskusji u Michała, że ludziki w Tronie to przecież programy są a nie sztuczne inteligencje, ale i to mi nie przeszkadza. Takie było naiwne wyobrażenie cyberprzestrzeni w 1982, dziś to są AI. Obiektywnie nimi są, więc są nimi. I znów, dzięki pozostawieniu tego mocno niewyjaśnionym jestem w stanie sam sobie doprodukować wiele satysfakcjonujących wyjaśnień. A gdy mogę to mi się podoba.

Podsumowując: film nie jest jakoś bardzo odkrywczy ani też bardzo schrzaniony w warstwie s-f. Składa się prawie wyłącznie z zapożyczeń i znanych pomysłów, ale ani ich nie próbuje subwertować (for lulz), ani redefiniować (for reinventing-the-wheel). Salomonowe wyjście: widz świeży dostanie przyzwoitą porcję nerdyzmu; nerd nie musi spinać pośladów.

Nie podoba mi się natomiast ideologiczne przesłanie filmu. Powiedziałbym: prorodzinno-aspołeczne. Film mówi tyle, że próby stworzenia wspólnej przestrzeni społecznej kończą się czystym faszyzmem. Rzekomo dlatego, że niemożliwe jest społeczeństwo idealne. Oczywiście, że jest niemożliwe, ale twórcy mówiąc to ustami Flynna za chwilę dopowiadają: a właśnie, że nie! Tajemnica sukcesu: małe, odizolowane grupy. Ojciec plus syn. Może jeszcze babcia z dziadkiem, to maks co da się utrzymać, żeby dało się żyć w spokoju. Shut up, bitches.

Olivia. <3

Tron 1

Zanim wybiorę się na “Tron Legacy” przybliżyłem sobie pierwszą część. O samym “Tronie” nie mam nic specjalnego do napisania, oprócz tego, że jest słaby. Ładny, ale słaby. Fabuła jest pretekstowa dla efektów specjalnych, aktorstwo wyreżyserowane niechlujnie (bo przecież Jeff dobry jest, co dowiódł później), niektóre rozwiązania bardzo niedopracowane. Na przykład: dlaczego, na Użytkownika, Flynnowi czerwienieją i niebieszczą się obwody na wdzianku od dotyku? Sam, a potem wraz z Tronem, kwituje to zdziwionym uśmiechem. Przecież wszystko dało się ładnie domknąć przy pomocy podmiany “identity disk” — to byłoby rozwiązanie zgrabne i sensowne. A tak, obecność tego dewajsu pozostaje zupełnie zagadkowa. W obrębie filmu, bo domyślam się, że tak w ogóle to chodziło o franczyzę tematycznych frisbiee. Ideologiczne muśniecie kwestii omnipotencji demiurga(ów) zrealizowane rozczarowująco miałko. Kilka razy pada od bad guyów stwierdzenie “religijne zabobony”, raz ładne “Oh my User”, Metafora kościoła przedstawiona w postaci wieży I/O ledwo zarysowana. Liczę, że “Tron Legacy” mi to wynagrodzi.

Ale ładny, być może teraz najładniejszy w całej swojej historii. Oczywiście dechzapieralność efektów minęła już dawno, dawno; ale teraz minęło już też ich zacofanie. Można “Tron” oglądać jako stylowy cukierek wizualny. Tym bardziej, że spod kolorowego “overlayera” efektów specjalnych przebijają czarno-białe postaci ludzkie, których gra, sposób filmowania, ziarno filmu, nie-wiem-co, bardzo przypomina mi “Metropolis”. Nie wiem czy był to zabieg specjalny, pewnie nie — podyktowany możliwościami technicznymi, ale ten szczegół ewokuje we mnie przyjemne nadinterpretacyjne paralele. Tak przy okazji: podejrzewam, że taki sam los czeka “Avatara”. It was understable at the time, ale po latach trzy-D przyblaknie, a na fabule ten film (być może celowo) nie opiera się, oj nie.

To o czym tak naprawdę chciałem napisać, to jedna z recenzji “Tron Legacy”, którą niechcący przeczytałem; w której autor miał pretensje, że film nie wyjaśnia wielu wątków wywodzących się z “Tronu”, zostawiając widza niepamiętającego “jedynki” w zagadce who-is-who. Argument jest idiotyczny. To w ogóle dotyczy pewnej zmiany w odbiorze kultury.

Gdy ktoś sto lat temu wybierał się na “Pigmaliona”, to bez znajomości kontekstu mitologicznego i dzieł wcześniejszych dostałby tylko romansidło. Cała kultura (także pop) to budowa kontekstów do kontekstów. Chcesz dostać coś więcej niż latające przedmioty 3D — doszkól się wcześniej. Różnica jest taka, że żyjemy w czasach wikierudycji — na nikim już nie robi wrażenia to, że ktoś wie kiedy Shaw napisał swoją sztukę. To wszystko leży w sieci. Ja po “Tron Legacy” spodziewam się nieco więcej niż kolejnego trójwymiarowego filmu, więc uznałem za oczywiste, że przed pójściem do kina muszę przypomnieć sobie punkt wyjścia. To był mój obowiązek, a nie twórców filmu, żebym znał kontekst popkulturowy dzieła. Nie chodzi mi o to, że “Tron” stał się klasykiem na miarę greckiej mitologii. Tu jest ta zmiana w odbiorze kultury: teraz nie ma już wytłumaczenia dla każdej googlowalnej niewiedzy.

Rozwiązania niekonieczne

… to moja ulubiona metoda interpretacyjna Dzieła, na przykład filmu. Robi się ją tak:

  1. Zakładamy o czym jest film
  2. Znajdujemy rozwiązania niekonieczne z punktu widzenia “1”
  3. Na tej podstawie wyciągamy wniosek “o czym tak naprawdę jest ten film”
  4. GOTO 1

Punktem wyjścia nie musi być jakaś głęboka refleksja. Wystarczy zwykłe literalne odczytanie fabuły (if any, else eject, eject, eject). Metoda “rozwiązań niekoniecznych” zasadza się na idei, że w Dziele, inaczej niż w życiu, nic nie dzieje się bez przyczyny. Trywializując, znajomy któremu syn utopił się w przeręblu mógł akurat być informatykiem (tak, znowu) i nie ma w tym żadnego sensu. Ale jeżeli tak się rzeczy mają w przypadku bohatera filmu, to autorzy tak postanowili nie bez przyczyny. A może i bez przyczyny (chciałbym obejrzeć film RPG — taki w którym Mistrz Gry losuje rozwiązania kostkami, ale tak długo, aż wyjdzie coś oglądalnego, a nie eksperymentalny bełkot). W każdym razie takie zastanawianie się jest elementem metody (patrz punkt “3”).

Powyższa procedura może być zbieżna. Należy jednak pamiętać, że wówczas interpretacja końcowa nie jest ostateczna, bo zależy od warunku początkowego. Interpretacja Ostateczna to taka, która jest jedynym atraktorem w basenie (hehe). Oprócz tego możemy dostać iteracje niezbieżne, a nawet atraktory dziwne. No OK, ten akapit napisałem dla jaj, bo mogłem.

Social Network

Jews. Joking. Fast. A lot.

Serio, cały batalion Woodych Allenów. Na spidzie. Owszem, jest to śmieszne, miejscami nawet bardzo, ale największe oklaski należą się Fincherowi za to, że z takiej nijakiej takiej historii wykroił w ogóle jakąś opowieść. Courtroom drama blahblahblah i to w dodatku bez court. A drama jest przygnębiająca: okazuje się, że można mieć najlepszy pomysł pokolenia, a i tak pozostać małym skwaszeńcem. Ach, ach, what’s the point of anything, myślałem sobie po wyjściu z kina. Wiem, że już trochę czasu minęło od premiery, ale jakoś nie mogłem się zebrać.

Zdjęcia ładne. Szczególnie jeden taki “efekt miniaturyzacji”, który chyba pierwszy raz widziałem w kinie (wcześniej tylko na fotografiach). Polega to na tym, że robi się tylko pasmową głębię ostrości, to znaczy zarówno pierwszy plan jak i daleki jest rozmyty. Nasze przyzwyczajenia wizualne robią wtedy psikusa i wydaje się, że patrzymy na coś bardzo małego — makietę obiektu, a nie pełnowymiarowe zdjęcia. Chyba nie zrobili tego czysto optycznie (nie wiem jakie kosmiczne szkło do czegoś takiego trzeba by było mieć) być może to cyfrowa postprodukcja. Najładniejszy efekt od czasów “efektu vertigo”, spodziewam się więcej.

Co do samego filmu, to należałby się zastanowić jak bardzo na zlecenie Facebooka powstał. Znając co nieco realia przemysłu rozrywkowo-militarnego nie można być zbyt naiwnym. Raz w historii amerykańskiego kina udało się zdjąć z półki film trącający medialnego potentata, a to tylko dlatego, że imperium Hearsta i tak już upadało, a Welles strollował właścicieli hollywoodzkich studio (w większości przecież Żydów) przy pomocy Hitlera. Facebook ma się świetnie, więc nawet twierdzenie, że film był nakręcony “neutralnie” jest bardzo naiwne.

Ideę filmu wyraża chór grecki w postaci jakiejś Jane Doe — asystentki prawnika Zuckerberga — uśmiechniętej, sympatycznej, młodej dziewczyny. Od razu wiadomo więc, że ona wygłosi obiektywną rację. A mówi ona tyle, że nasz Mareczek jest smutnym aspołecznym typkiem, którego nikt nie lubi, a to wszystko dlatego, że tak bardzo otwarcie mówi Prawdę-Prosto-W-Oczy. Retrospektywie więc, wszystkie wysyczane przez Eisenberga (grającego Zuckerberga) onelinery zyskują rangę trudnej prawdy. Nawet ciężar moralny wycyckania Eduardo Saverina (główna oś fabularna filmu) zostaje przeniesiony głównie na Parkera dzięki chwytom inscenizacyjnym (Zuckerberg siedzi potulnie, przyjmując pozę “to nie ja”, a Parker atakuje i to w dodatku tchórzliwie). Albo nawet na samego Saverina, kiedy ten odwrócony tyłem do zgromadzonych przy stole (na obrotowym krześle — teatralna żenada) wygłasza bolesne samokrytyki. Normalnie kiedy na koniec smutny Mareczek stukał w F5 (od tamtego czasu chyba Facebook wprowadził automatyczne odświeżanie, czyżby dlatego?), żeby zobaczyć, czy miła Jane Doe już go zafriendowała, to było mi tak smutno, że chciałem mu wrzucić grosik do skarbonki. Not.

Duuuuuuum! Duuuuuuum! Nooon, rhię de rhię…

(Source: redking)

Krzyżacy

Widziałem dzisiaj kawałek “Krzyżaków” w telewizji i zachodzę w głowę, jak na Ziemi mógł ktoś wymyślić, że to może być film zagrzewający do uczuć patriotycznych? Patrzyłem na tę bandę zjebów konno i zjebów pieszo i myślałem tylko o tym, że chciałbym, żeby to był mit jakiegoś innego narodu.

Salt (bezspojlerowo)

Szału nie ma.

Staram się złowić z tego filmu jakąś scenę, albo pomysł dla którego warto było na niego pójść. Gorączkowo przetrząsam pamięć w poszukiwaniu elementów filmmakingu, które znam i nic. No może jednak rzeczywiście tylko ten Olbrychski. Czy on dobrze gra? Przy takiej mdławej reżyserii to nawet nie wiadomo jak na to patrzeć. Tyle, że jego bohater to była przynajmniej jakaś postać. Jakoś zaznaczona i z zaskoczeniem. Reszta figurek składa się nie tyle nawet z klisz (to mi nie przeszkadza), co z denerwującej substancji Kina Moralnego Przedpokoju — już, już mogłoby się wydawać, że twórcy poszli wbrew, że ulepili jakiś dylemat, napięcie w motywacjach, ale nie. Ostatecznie wszystko kończy się dobrze — to znaczy widz zostaje nakierowany z powrotem na spodziewaną koleinę. Nie mogę sobie przypomnieć, czy gdzieś widziałem takie stężenie antytwistów fabularnych, czyli rozwiązań, które zamiast komplikować sytuację, wypłaszczają ją i unieważniają.

W ogóle cały film wygląda jak zamówiony przez hollywoodzkie związki zawodowe. Kaskaderzy, każda kasta z nich, dostają po scenie ale nic z tego specjalnie nie wynika. Wiem, że w sensacyjnym letnim blockbusterze nie musi wynikać, ważne żeby akcja była. I w tym problem, bo pojawia się brat bliźniak antytwistów: dojmujące wrażenie, że dana sytuacja mogłaby i powinna była zostać rozwiązana inaczej, ale wybrano tę wyłącznie dla odhaczenia pościgu na motocyklu, wspinaczki, freejumpingu itd.

To samo zresztą dotyczy filmowych superdewajsów (wiecie, tych wszystkich maszyn robiących ping laserem). Ja zdaję sobie sprawę, że one nie dość, że obecnie nie istnieją, to jeszcze w dodatku niespecjalnie są możliwe technicznie. To mi oczywiście nie przeszkadza, nawet lubię wprowadzanie się w taki lekko przygłupkowaty stan: “co, myślisz, że ONI już takich rzeczy nie mają?”. Tu znów problem jest inny — raz mamy dwudziestodrugowieczny absolutny hi-tech, by zaraz potem agenci CIA stosowali dziewiętnastowieczne metody na lornetkę i pośliniony palec. Tym bardziej, że podobnie jak przy kaskaderach, pozostaje wrażenie, że można i trzeba było ten cały wymyślny super-dewajs zastąpić odpowiednim pięciosekundowym dialogiem.

Sama fabuła należy do takich, które Ludlumy świata tego wymyśliły po kroćset, ale i to spłaszczono, bo nie odkrywamy intrygi powoli, tylko w długawym monologu na początku (całe szczęście z offu) przedstawia nam ją pan Daniel. Nie ma o czym gadać.

Wyłapałem też w filmie kilka productplacementów, na które jestem szczególnie cięty; a cały film wygląda na wyprodukowany z nadzieją na franczyzę pt. “Salt”. Wiecie: sequel, gra, serial. Mam nadzieję, że się przejadą.


Komentarze czytać z zamkniętymi oczami! Spoilery.

More Information