Tromba inżyniera

I co zaglądasz!

Techniczne  
Posts tagged polityka

Paradoks JKM

Janusz Korwin-Mikke zdaje się twierdzić, że demokracja jest do dupy ponieważ ludzie w swej masie są za głupi, żeby podzielać jego racjonalne poglądy. Jednak z moich obserwacji wynika, że bardzo wiele osób uznaje poglądy JKM za co najmniej warte uwagi, ze wskazaniem na “ma rację (a może nie?)”. Problemem JKM nie jest przecież to, że ludzie nie podzielają jego poglądów, tylko że nie chcą na niego głosować. Paradoks JKM polega więc na tym, że ludzie, którzy są takimi głuptasami, żeby uznawać wypowiedzi JKM za sensowne jednocześnie są głuptasami na tyle, żeby na niego nie głosować.

Dla części z nich powodem jest zapewne brak czynnego prawa wyborczego, dla innych dziwne przekonanie, że należy głosować nie na reprezentatów swoich przekonań, ale na “ludzi poważnych”. JKM ze swoim kwiecistym słowotokiem niestety na poważnego nie wygląda. Paradoks JKM wyjaśnia również dlaczego jest on królem internetowych sondaży — co innego zgodzić się z nim, a co innego postawić krzyżyk na karcie do głosowania. Może to wymagać przezwyciężenia wielu wewnętrznych oporów (a może nawet zapisów Konstytucji), które stanowią o racjonalnym jądrze paradoksu.

Najlepszym hasłem wyborczym Janusza Korwin-Mikke byłoby więc: “Zagłosuj na mnie, mimo to, że się ze mną zgadzasz”. Z takim podejściem JKM mógłby być może nawet czwartą siłą w Sejmie. To, że tak się nie stanie jest wielkim osiągnieciem demokracji.

Rozmontowywanie

… społeczeństwa, czyli czegoś czego na dobrą sprawę w ogóle nie udało nam się zmontować. Rząd grzebie przy OFE, czym tylko wkurwia ludzi, bo nawet nie grzebie przy nich tak, żeby je pogrzebać, tylko żeby wygrzebać sobie pożywną dżdżownicę. O opinię o tym co robi rząd proszeni są konsultanci od Adama Smitha, co jest pomysłem genialnym samym w sobie. Eksperci oczywiście dolewają oliwy do ognia, bo reprezentują interesy tych, którzy na emeryturach chcą nas wydymać. O przepraszam… oni reprezentują logiczną logikę gry rynkowej, przecież. Komentarz w radio? “Umiesz liczyć, licz na siebie”. No ale bo przecież kiedy sens ubezpieczeń społecznych jest właśnie taki, żeby nie musieć liczyć na siebie! To znaczy to jest fajne, fajnie boostuje ego, gdy się da. Tylko kiedy się nie da, kiedy noga się powinie, to się leci w straszny kanał. A żyjemy w świecie, gdzie nogi ciągle się powijają, i w dodatku żyjemy kupą — w ciasnych gromadach, bo tak milej. Jak jeden leci, to razem z nim odrobinę lecą sąsiedzi. Już teraz, dziś. Konto w OFE to tylko odrobinę zakłamane “liczenie na siebie”, bo opiera się na koncepcji końca historii; udawaniu, że czas nie istnieje, a ekonomia za 40 lat będzie wyglądać tak samo jak teraz.

Narasta we mnie frustra. Cokolwiek zrobię, kogokolwiek pochwalę lub zganię, lub nawet jeśli nic nie zrobię i się wycofam — każda czynność i bezczynność poluzowuje śrubki.

35% lepsze od 50%

^emayef nazwał zapisy ustawy parytetowej “kulawymi kwotami”, ale ja w sumie jestem z takiego rozwiązania bardziej zadowolony.

Przede wszystkim nie udawajmy, że nie ma kontrowersji. Jest, więc jest kompromis. Chcielibyśmy wszystko? Spokojnie, rewolucja jeszcze nadejdzie. A po prawdzie, to liczę na to, że w ogóle nie będzie konieczna, tylko spłynie na nasz udręczony naród łaska cywilizacji zachodniej. I nic się nie stanie po drodze.

Zatem mamy obowiązkowe 35% dla kobiet i (uwaga!) obowiązkowe 35% dla mężczyzn. I to jest mocny mem! Zwykłe podzielenie fifty-fifty nie miałoby takiej mocy. Jest równość? Jest! Wyraźna jak jutrzenka swobody. Dodatkowy bonus, to możliwość pacania w czoło tych wszystkich moronów, którzy pewnie się pojawią od: “hehe, to kim ma być te 30% pozostałe w środku”, przy pomocy “elementarna logika się kłania”.

Ponadto mamy owe 30% swobody, które będzie ładnym wskaźnikiem feminizacji, a zatem również wypłynie jako wskaźnik F = (udział kobiet - 35%)/30%. Oczywiście można było taki wskaźnik wprowadzić wcześniej, ale teraz w kontekście ustawy stanie się on ważny (as in valid).

Ta trzydziestoprocentowa swoboda pokazuje też inną ładną rzecz: że nie wszystko musi być konsekwentnie logicznie skrajne. Takie postulaty zawsze wysuwają konserwatyści: jeśli jesteś za parytetami na listach, to czemu też nie w Sejmie. To znaczy jeśli chcemy zmienić coś, to musimy być konsekwentni i żądać wszystkiego. Jeśli nie chcemy wszystkiego, to znaczy, że “nie wiadomo o co nam chodzi”, a jeśli chcemy wszystkiego to łatwo zaprowadzić nas do absurdu.

Okazuje się, że można miękko: jest dodatkowa regulacja, ale zostawia pole swobody. Tylko mniejsze. Pełna swoboda to też absurd (“jeśli jesteś przeciw parytetom, to dlaczego nie umożliwić startowania niemowlętom”), który jak widać nie sprawdził się. Nie sprawdził się w ten sposób, że ważna kategoria społeczna była niedoreprezentowana w demokracji.

I ostatni pożytek z tej ustawy jest właśnie taki, że umożliwi pozastanawianie się (ale to raczej pole dla ludzi, którzy lubią sobie pomarnować bajty) nad istotą różnicy pomiędzy kategorią, a grupą społeczną w kontekście memu “przecież na Partię Kobiet nikt nie chciał głosować”.

(Source: wiadomosci.gazeta.pl)

Satori przedwyborcze

Już wiem co mi przypomina kampania przed wyborami samorządowymi. Dzięki unnu, który podał zdjęcie takiego oto miszcza z miasta Poznan*:

Wybierz bramkę

Pamiętacie teleturniej “Zygmunt Chajzer, wybierz bramkę”? W teleturnieju chodziło o paradoks Monty Halla, choć mnie samemu wtedy wydawało się, że zupełnie o nic nie chodzi. To znaczy, że to jest czysta loteria, a nie test z tego paradoksu. Ale ja nie o tym. Grą wstępną przed grą w paradoks było wybieranie szczęśliwców, którzy będą mieli szansę oblać test. I w tym etapie nie chodziło już zupełnie o nic, nie tak jak np. w “Milionerach”, gdzie trzeba przejść test refleksu. Pan Zygmunt po prostu wybierał kogoś z publiczności. Uczestnicy zauważyli, że szansę na wybór zwiększa np. kolorowy strój, albo śmieszny kapelusz, co rozpętało wyścig czerwonej królowej i skończyło się full-fledged żena:

Zadanie konkursowe: znajdź na sali ułana.

Przechodnie reagowali obojętnie

Na widok nowego krzyża przed Pałacem Prezydenckim, który zostanie spławiony do Gdańska w grudniu. To znaczy krzyż zostanie spławiony. Jak im Wisła nie zamarznie, bo wiecie… w zimie jest zimno.

Ale, to bardzo ciekawy news jest. Staram się sobie wyobrazić reakcję obojętną. Ot, taki niby zabawny oxy-moron, ale jakże charakterystyczny. Reporter tak strasznie, usilnie, intensywnie, zaborczo, mocno, gorączkowo, chciwie, nerwowo, pożądliwie, szaleńczo, łakomie, głęboko antycypował zajście zajść, że gdy wszystko co spotkał okazało się niczym opisał to jako nagły wybuch nieokiełznanej obojętności.

Pewnie zimno tam tak stać na Krakowskim cały dzień. Biedni żurnaliści…

(Source: wiadomosci.gazeta.pl)

Teksty nienapisane — totemizm tutaj

W środowiskach krytyków obecnego rządu istnieje taki running-joke polegający na pisaniu dużymi literami słów zaczynających się na “po”: “POlityka”, “POprawność”, itd. Praźródłem tego wątpliwej jakości dowcipu jest zapewne bliskie położenie liter “P” i “O” na klawiaturze, więc pierwsze jego pojawienie się wynikło prawdopodobnie ze zbyt długiego przytrzymania klawisza “Shift” podczas rozpoczynania zdania. Dlaczego jednak ten “żart” się przyjął i rozpropagował?

Jego właściwą treścią jest naznaczenie dowolnej rzeczy (niestety ich zbiór jest ograniczony przez słownik) czynionej lub posiadanej (“POsiadanej”) przez obóz przeciwny, aby odróżnić ją od rzeczy prawidłowej i naturalnej. Kłopot polega jednak na tym, że owa inność nie wyraża się żadną uchwytną swoistością, nie istnieje żadna przydawka ani żadne dopełnienie, które pozwalałoby opisowo odróżnić “POlitykę” od zwyczajnej “polityki”. Jedyną cechą dystynktywną “POlityki” jest możliwość jej odróżnienia dzięki występowaniu w nazwie zbitki “po”. Ta zbitka liter hipnotyzuje swą totemicznością. Użycie tej maniery akurat przez krytyków Platformy Obywatelskiej nie jest jakoś charakterystyczne akurat dla nich. Wynika raczej z większej POwszechności występowania w POlskich wyrazach zbitki “po” nad “pis”, “psl” czy “sld”.

W Polsce parlamentarzyści nie reprezentują swoich wyborców, to wyborcy reprezentują parlamentarzystów. Nie może być inaczej. Kiedy stawiasz “X” na karcie wyborczej znak ten zostaje ci wypalony na czole. Dzięki temu, każdą twoją opinię można bezproblemowo osadzić w kompulsywnym prezentyzmie choroby politycznej. Jakakolwiek by ta opinia nie była, “X” umożliwia mechaniczne i stuprocentowo pewne odniesienie jej do twojej opinii sprzed tygodnia, a nawet tej którą wygłosisz za tydzień. Pewność ta jest możliwa, ponieważ jeżeli sam/a kierujesz się logiką choroby politycznej to rzeczywiście twoje opinie sprzed tygodnia były dopasowane do znamienia na czole.

Pewnym kłopotem są tu niegłosujący. Ich załatwia się w ten sposób, że odmawia się im prawa do wygłaszania opinii. To jest sposób w jaki system wytrąca osad elementów w nim nierozpuszczalnych. Oficjalna wykładnia (as seen in “Szkło kontaktowe”) jest taka, że kto nie głosował zaniechał możliwości zmiany polskiej polityki, choć to właśnie ci którzy głosowali uczynili najwięcej by nic się nie zmieniło. Obywatel oznaczony swoim “X” jest dla partii albo elektoratem straconym (wrogim), albo już wykorzystanym. Tylko jeszcze wyborcy niegłosujący mają jakąś podmiotowość, którą partie mogłyby się starać zgłębić (oczywiście dla swojej korzyści, czemu nie), ale wysiłek jest zbyt duży. Wymagałby “wejścia w lud” i sprawdzenia o co tak właściwie mu chodzi. Być może, o zgrozo, nawet wykreowania jakichś potrzeb. Łatwiej próbować obrzydzić straconemu elektoratowi ich wypalone “X”, ponieważ tu interes jest oczywisty: obrona godności wypalonego znamienia.

Demokracja jest ustrojem w którym “racja” jest ustalana dzięki arytmetyce głosowania. Wielu się to nie podoba, bo twierdzą, że racja jest tylko jedna i obiektywna, więc głosować ją to tak jak głosować nad poprawnością dowodów matematycznych. Ja tego zdania nie podzielam, bo wiem, że “racja” zawsze trochę inaczej wygląda dla różnych grup społecznych. Ale w Polsce racja nie tyle jest ustalana dzięki arytmetyce, co została przez nią całkowicie zastąpiona.

Weźmy przykład z niedawną ustawą dotyczącą zakazu palenia (choć ja bym wolał nazwę “standardów czystości powietrza w miejscach publicznych”). Partia numer jeden, choć teoretycznie jej zadaniem jest wprowadzanie reform (lub ich nie wprowadzanie i nie zawracanie głowy) wykierowuje ustawę tak aby jak najmniej się zmieniło. Na to partia numer dwa, choć zgodnie z jej teoretyczną linią polityczną powinna być konserwatywna w tej kwestii, proponuje rozwiązania mocno postępowe. Dzieje się tak, ponieważ podejście konserwatywne, jako bardziej intratne, zostało już zajęte przez partię numer jeden. Partia numer trzy tradycyjnie nie wtrąca się w sprawy, które mało dotyczą jej elektoratu (i to jest w tym wszystkim najrozsądniejsze). Partia numer cztery, choć powinna być teoretycznie najbardziej postępowa, radykalizuje się w konserwatyzmie nawet bardziej niż partia numer jeden, bo partie numer dwa i trzy już obsadziły podejścia dla partii numer cztery sensowne.

O co w tym wszystkim chodzi? Partie nie ustalają swoich stanowisk odwołując się do jakiegoś twardego rdzenia idei, ale obsadzają dostępne stanowiska kalkulując ich intratność. Lewicowość-prawicowość, nazwy partii, a nawet ich historia są tu całkowicie nieistotne, dlatego w powyższym akapicie nadałem im numery. Te numery decydują o kolejności dostępu do “komórek do wynajęcia”. Jest absolutnie nie do pomyślenia, aby dwie partie zgłosiły takie samo stanowisko – to byłby nonsens. Chodzi wszak o to, żeby się różnić, różnić się za wszelką cenę, różnić się brzydko. Tylko różnica pomiędzy totemami nadaje totemom sens. Nie następuje “spłynięcie” ideologii danej partii na jej stanowisko (wtedy dwie partie, nawet wychodząc z różnych założeń, mogłyby przypadkiem głosić to samo), bo żadnej ideologii nie ma.

Ostateczny wniosek jest taki, że głosowanie nad treścią ustawy nie służy ustaleniu “racji”, ale poprawności kalkulacji przy obsadzaniu stanowisk ideowych. Kluby parlamentarne są jak centra obliczeniowe przewidujące pogodę, w zupełnym oderwaniu od tego, która pogoda jest według nich “ładna” a która “brzydka”; liczy się tylko dokładność modelu społeczeństwa, którym dysponuje klub. Komu poparcie wzrosło, ten ruchy mas obliczył poprawnie.

Hibernatus

Pojawia się taka pani Krzywonos i mówi coś o jakiejś “Solidarności”. Nawet ludzie, którzy w tym czymś uczestniczyli nie rozumieją o co jej chodzi. Choroba polityczna atakuje głównie uszy: ona mówi “powinniśmy szanować ludzi” a na sali słyszą “Platforma Platforma Platforma”. I ci którym się to podoba i ci którym nie. Bez różnicy. Odmroziło panią Krzywonos po trzydziestu latach i nikt już nie mówi jej językiem.

Nameste zmusił mnie przemocą, żebym przeczytał jeden komentarz na portalu “Krytyki Politycznej”. Jakiś gość napisał, że robotnicy gremialnie olali ideę wczasów pracowniczych w zamian wybierając kapitalizm. Nie można napisać większej bzdury. Ustalmy podstawowe fakty: kapitalizmu nikt nie wybrał, bo to nie był wybór. Wszyscy go chcieli, ale głównie dlatego, że nie przyszło im do głowy, że znikną wczasy pracownicze. Bo kapitalizm to miało być tak-jak-teraz+. Nie ma powrotu. Nie można, ot tak, wyjść sobie na podium i powiedzieć “nie zapominajcie o ideałach ‘Sierpnia’ ”. Bo okazuje się, że teraz są tacy, którzy uważają, że do tych ideałów należał brak wczasów pracowniczych.

Mamy w Polsce całe warstwy stratygraficzne hibernatusów takich jak pani Krzywonos. Sama wspomniała jednego, którego spotkała na “Karuzeli Cooltur”. Oni już nie zrobią rewolucji (jedna w życiu chyba wystarczy). Mogą tylko pierdolnąć w nas swoją Obcością. Choć większość z nas i tak zrobi unik.

Teksty nienapisane — Polskie Goo

(…) W teorii nanotechnologii (choć bliżej science-fiction niż rzeczywistej inżynierii) istnieje pojęcie “szarego goo” — hipotetycznej substancji złożonej z miniaturowych maszyn, które skrajnie wyspecjalizowały się w samopowielaniu. Nie istnieje sposób, by podejść goo. Jakikolwiek atak na taką substancję kończy się przetworzeniem energii ataku na więcej “goo”. Ostateczną konsekwencją wyprodukowania takiej substancji jest przetworzenie wszystkiego na nią samą. Goo nie ma celu, jej sens sprowadza się do chwilowego działania; do wzrostu dla wzrostu.

Szare goo jest materialną metaforą fatalizmu — cokolwiek zostanie uczynione ostatecznie dąży do nonsensu. Taki sam fatalizm obserwuję w polskiej polityce w której każde działanie, choćby w intencji najdalsze od tej specyficznej polityki w wersji “goo” lub nawet się jej sprzeciwiające (jak na przykład ten tekst), ostatecznie zostanie do niej sprowadzone. Próbowałem znaleźć jakieś wejście do tego systemu, wywód ukazujący ab ovo krok po kroku mechanizm działania “goo”, ale poległem. Wejścia zostały połączone z wyjściami w pętle i jeśli spróbuję rozpocząć wywód od dowolnego miejsca polityczne “goo” zawsze będzie mnie mogło zajść od tyłu i wytłumaczyć moją próbę w kategoriach “goo”.

Choroba polityczna

Zjawisko “choroby politycznej” jest jednym z mechanizmów działania “goo” który udało mi się częściowo zidentyfikować kiedy zacząłem mniej oglądać telewizję. Najważniejszą cechą ChP jest kompulsywny prezentyzm, czyli konieczność wytłumaczenia wszystkiego w kategoriach zdarzeń ostatnich tygodni. To właśnie uderzyło mnie pierwsze, kiedy po dłuższej przerwie zobaczyłem jakiś program informacyjny na TVN24 (krytykuję TVN24, co momentalnie można obrócić w goo-interpretację). Okazało się, że większości aluzji nie rozumiem, bo odnoszą się do jakichś wydarzeń i wypowiedzi, które przegapiłem. W międzyczasie okazało się, że ktoś coś komuś, że jakaś pani czuła się głęboko poraniona czymś i to wszystko aktualnie było kluczem do zrozumienia istoty wszechświata. Tamto zdarzenie pewnie jeszcze przez tydzień służyło do generowania sensu zdarzeń kolejnych, które generowały sens przez następny tydzień. I tak ciągle — znikąd donikąd.

Jeśli na przykład feministki zorganizują demonstrację (wspominam feminizm — goo czuwa) to możemy się spodziewać, że pojawi się tam na przykład Ryszard Kalisz (goo) ze swoim poparciem. Obecni na miejscu dziennikarze (goo), pewnie poproszą organizatorki o komentarz, ale ten zapewne będzie osadzony w jakiejś zamierzchłej przeszłości w rodzaju lat siedemdziesiątych (goo — dobrze przestaję już oznaczać miejsca kiedy goo zaczyna bulgotać, bo musiałbym to robić zbyt często). Tymczasem Ryszard Kalisz przedstawi dziennikarzom zgrabny, kompulsywnie aktualny komentarz, który ładnie wpasuje się w zeitgeist tygodnia.

Pana Kalisza natychmiast gotów oskarżyć ktokolwiek, na przykład Stefan Niesiołowski, o faktyczną nieczułość na problemy feministek, tylko o próbę “zbijania politycznego kapitału” (takich irytujących kalek myślowych mamy jakieś nieprzebrane pokłady). Cała sprawa ruchu feministycznego i protestu powoli zaczyna się oddalać, a na pierwszy plan wysuwa się kwestia tego, czy Ryszard Kalisz próbuje “umiejętnie wygrywać nastroje elektoratu” feministycznego. Ryszard Kalisz oczywiście nie omieszka replikować i w końcu spór przenosi się całkowicie na ping-pong Kalisz-Niesiołowski. Ale i tu nie koniec. W następnych krokach konflikt przenosi się na poziom interpretacji w kategoriach lewica-prawica, aż w końcu osiąga szczyt abstrakcyjności jako konflikt SLD-PO. Całkowicie wyzuty z jakiejkolwiek treści. Goo. (…)

More Information