W środowiskach krytyków obecnego rządu istnieje taki running-joke polegający na pisaniu dużymi literami słów zaczynających się na “po”: “POlityka”, “POprawność”, itd. Praźródłem tego wątpliwej jakości dowcipu jest zapewne bliskie położenie liter “P” i “O” na klawiaturze, więc pierwsze jego pojawienie się wynikło prawdopodobnie ze zbyt długiego przytrzymania klawisza “Shift” podczas rozpoczynania zdania. Dlaczego jednak ten “żart” się przyjął i rozpropagował?
Jego właściwą treścią jest naznaczenie dowolnej rzeczy (niestety ich zbiór jest ograniczony przez słownik) czynionej lub posiadanej (“POsiadanej”) przez obóz przeciwny, aby odróżnić ją od rzeczy prawidłowej i naturalnej. Kłopot polega jednak na tym, że owa inność nie wyraża się żadną uchwytną swoistością, nie istnieje żadna przydawka ani żadne dopełnienie, które pozwalałoby opisowo odróżnić “POlitykę” od zwyczajnej “polityki”. Jedyną cechą dystynktywną “POlityki” jest możliwość jej odróżnienia dzięki występowaniu w nazwie zbitki “po”. Ta zbitka liter hipnotyzuje swą totemicznością. Użycie tej maniery akurat przez krytyków Platformy Obywatelskiej nie jest jakoś charakterystyczne akurat dla nich. Wynika raczej z większej POwszechności występowania w POlskich wyrazach zbitki “po” nad “pis”, “psl” czy “sld”.
W Polsce parlamentarzyści nie reprezentują swoich wyborców, to wyborcy reprezentują parlamentarzystów. Nie może być inaczej. Kiedy stawiasz “X” na karcie wyborczej znak ten zostaje ci wypalony na czole. Dzięki temu, każdą twoją opinię można bezproblemowo osadzić w kompulsywnym prezentyzmie choroby politycznej. Jakakolwiek by ta opinia nie była, “X” umożliwia mechaniczne i stuprocentowo pewne odniesienie jej do twojej opinii sprzed tygodnia, a nawet tej którą wygłosisz za tydzień. Pewność ta jest możliwa, ponieważ jeżeli sam/a kierujesz się logiką choroby politycznej to rzeczywiście twoje opinie sprzed tygodnia były dopasowane do znamienia na czole.
Pewnym kłopotem są tu niegłosujący. Ich załatwia się w ten sposób, że odmawia się im prawa do wygłaszania opinii. To jest sposób w jaki system wytrąca osad elementów w nim nierozpuszczalnych. Oficjalna wykładnia (as seen in “Szkło kontaktowe”) jest taka, że kto nie głosował zaniechał możliwości zmiany polskiej polityki, choć to właśnie ci którzy głosowali uczynili najwięcej by nic się nie zmieniło. Obywatel oznaczony swoim “X” jest dla partii albo elektoratem straconym (wrogim), albo już wykorzystanym. Tylko jeszcze wyborcy niegłosujący mają jakąś podmiotowość, którą partie mogłyby się starać zgłębić (oczywiście dla swojej korzyści, czemu nie), ale wysiłek jest zbyt duży. Wymagałby “wejścia w lud” i sprawdzenia o co tak właściwie mu chodzi. Być może, o zgrozo, nawet wykreowania jakichś potrzeb. Łatwiej próbować obrzydzić straconemu elektoratowi ich wypalone “X”, ponieważ tu interes jest oczywisty: obrona godności wypalonego znamienia.
Demokracja jest ustrojem w którym “racja” jest ustalana dzięki arytmetyce głosowania. Wielu się to nie podoba, bo twierdzą, że racja jest tylko jedna i obiektywna, więc głosować ją to tak jak głosować nad poprawnością dowodów matematycznych. Ja tego zdania nie podzielam, bo wiem, że “racja” zawsze trochę inaczej wygląda dla różnych grup społecznych. Ale w Polsce racja nie tyle jest ustalana dzięki arytmetyce, co została przez nią całkowicie zastąpiona.
Weźmy przykład z niedawną ustawą dotyczącą zakazu palenia (choć ja bym wolał nazwę “standardów czystości powietrza w miejscach publicznych”). Partia numer jeden, choć teoretycznie jej zadaniem jest wprowadzanie reform (lub ich nie wprowadzanie i nie zawracanie głowy) wykierowuje ustawę tak aby jak najmniej się zmieniło. Na to partia numer dwa, choć zgodnie z jej teoretyczną linią polityczną powinna być konserwatywna w tej kwestii, proponuje rozwiązania mocno postępowe. Dzieje się tak, ponieważ podejście konserwatywne, jako bardziej intratne, zostało już zajęte przez partię numer jeden. Partia numer trzy tradycyjnie nie wtrąca się w sprawy, które mało dotyczą jej elektoratu (i to jest w tym wszystkim najrozsądniejsze). Partia numer cztery, choć powinna być teoretycznie najbardziej postępowa, radykalizuje się w konserwatyzmie nawet bardziej niż partia numer jeden, bo partie numer dwa i trzy już obsadziły podejścia dla partii numer cztery sensowne.
O co w tym wszystkim chodzi? Partie nie ustalają swoich stanowisk odwołując się do jakiegoś twardego rdzenia idei, ale obsadzają dostępne stanowiska kalkulując ich intratność. Lewicowość-prawicowość, nazwy partii, a nawet ich historia są tu całkowicie nieistotne, dlatego w powyższym akapicie nadałem im numery. Te numery decydują o kolejności dostępu do “komórek do wynajęcia”. Jest absolutnie nie do pomyślenia, aby dwie partie zgłosiły takie samo stanowisko – to byłby nonsens. Chodzi wszak o to, żeby się różnić, różnić się za wszelką cenę, różnić się brzydko. Tylko różnica pomiędzy totemami nadaje totemom sens. Nie następuje “spłynięcie” ideologii danej partii na jej stanowisko (wtedy dwie partie, nawet wychodząc z różnych założeń, mogłyby przypadkiem głosić to samo), bo żadnej ideologii nie ma.
Ostateczny wniosek jest taki, że głosowanie nad treścią ustawy nie służy ustaleniu “racji”, ale poprawności kalkulacji przy obsadzaniu stanowisk ideowych. Kluby parlamentarne są jak centra obliczeniowe przewidujące pogodę, w zupełnym oderwaniu od tego, która pogoda jest według nich “ładna” a która “brzydka”; liczy się tylko dokładność modelu społeczeństwa, którym dysponuje klub. Komu poparcie wzrosło, ten ruchy mas obliczył poprawnie.